Przejdź do głównej zawartości

Donald Trump 45. prezydentem USA | Młodzi w Polityce

We wtorek 8. listopada w USA odbyły się wybory prezydenckie. Amerykanie wybrali na głowę swojego państwa kandydata Partii Republikańskiej-Donalda Trumpa.
Niektórzy określali te wybory jako najbardziej interesujące od 1860 roku, kiedy to wybrano Abrahama Lincolna. Pogląd ten jest z pewnością przesadzony, ale należy przyznać, że emocje były ogromne, kampania bardzo ciekawa, a sylwetki kandydatów bardzo skrajne.


Zacznijmy od kampanii wyborczej. Nie ma ona bowiem określonego czasu trwania, brak ciszy wyborczej sprawia, że politycy rywalizowali ze sobą do ostatniej chwili.
Wszystko zaczęło się w 2014 roku, wtedy bowiem przeróżni politycy zaczęli ogłaszać swoje kandydatury. Musieli oni jednak zdobyć oficjalną nominację swoich partii na kandydata w wyborach prezydenckich.
Z centrolewicowej Partii Demokratycznej swoje kandydatury ogłosiło kilkoro kandydatów, z których na prowadzenie szybko wyszli charyzmatyczny socjalista-senator Bernie Sanders oraz była była Pierwsza Dama-Hillary Clinton.
Hillary mogła się pochwalić naprawdę ogromnym doświadczeniem, jest żoną byłego prezydenta Billa Clintona, byłą Sekretarz Stanu (Ministrem Spraw Zagranicznych), a przez dwie kadencje piastowała urząd senatora. Od początku uznawano ją za faworytkę i dawno jej ogromne szanse na nominację, a także na prezydenturę.
Sanders stał się niespodzianką kampanii, zyskał poparcie szczególnie wśród młodych i miał nawet szansę na wyeliminowanie Hillary z wyścigu.
Republikanie na początku mieli kilkanaścioro kandydatów, spośród których trudno było wybrać jednego. Do wewnątrzpartyjnej rywalizacji stanęli tacy politycy jak Jeb Bush-brat prezydenta G.W. Busha i syn G.H. Busha, któremu dawano spore szanse, ponadto o nominację walczyli też konserwatywny senator Ted Cruz, Marco Rubio, Rand Paul, czy była prezes HP Carly Fiorina.
Jednak po licznych debatach na prowadzenie zaczęli wychodzić Trump i Clinton. W prawyborach partyjnych członkowie i sympatycy głównych sił politycznych postanowili powierzyć im nominację na najwyższy urząd w kraju, co ostatecznie zatwierdziły w lipcu partyjne konwencje. 


Od lipca trwała już bezpośrednia rywalizacja pomiędzy kandydatami dwóch głównych partii.
Hillary przedstawiła Amerykanom program, będący generalnie kontynuacją rządów prezydenta Baracka Obamy.
Jej program zawierał zapewnienie zmniejszenia kosztów studiów, ekspansję programów socjalnych (w tym świadczenia nawet dla nielegalnych imigrantów), podwyżki podatków dla najbogatszych oraz walkę o prawa środowisk LGBT.
Zaś oponent pani Clinton zszokował społeczeństwo amerykańskie swoimi radykalnymi postulatami, takimi jak: budowa muru na granicy z Meksykiem, deportacja nielegalnych imigrantów, którzy popełnili przestępstwa, odebranie nielegalnym przybyszom praw do opieki socjalnej, czy zakaz imigracji z krajów dotkniętych terroryzmem. Ponadto proponował kilka mniej kontrowersyjnych rozwiązań m.in. obniżkę podatku dochodowego, reformę służby zdrowia, czyli uchylenie mało popularnej ustawy prezydenta Obamy tzw. Obamacare, wprowadzenie możliwości odliczenia kosztów ubezpieczenia zdrowotnego od podatku i podwyżkę stóp procentowych.


Ostra retoryka Trumpa nie zawsze była mu pomocna. Przez wiele miesięcy nie przekonywał do siebie większości wyborców. Inni politycy jego partii wypadali w sondażach lepiej niż on.
Pomimo iż zdołał do siebie przekonać głównie klasę średnią i stworzył spory antyestablishmentowy ruch społeczny, to trudno mu było wyprzedzić kandydatkę demokratów.
Od jesieni kampania nabrała rozpędu. Odbyła się seria debat, jednak i one nie przyniosły rozwiązania, jedną wygrywał Donald Trump, drugą Hillary Clinton. Także debaty kandydatów na wiceprezydentów nie poruszyły słupków poparcia.
Na krótko przed wyborami wypłynęły nagrania Trumpa, które miały sugerować jego seksistowski stosunek do kobiet. Przez to Hillary wyszła mocno na prowadzenie.
Co ciekawe na opinię publiczną nie wpłynęły wcześniejsze afery, w jakie była zamieszana, takie jak nieprawidłowości w jej rodzinnej fundacji, wspieranej przez takie podmioty ja np. Arabia Saudyjska, czy skasowanie kilku tysięcy służbowych maili z czasów kadencji Clinton w Departamencie Stanu, co zgodnie z amerykańskim prawem stanowi przestępstwo.
Dopiero na krótko przed dniem wyborów notowania Trumpa poszły w górę, jednak do końca nie znano wyniku.
Dla republikanów ważna była wygrana w kilku kluczowych stanach, takich jak Floryda, czy Północna Karolina.
W środę rano Amerykę i świat czekało ogromne zaskoczenie, 45. Prezydentem Stanów Zjednoczonych zostanie Donald Trump. Hillary Clinton przegrała, a kilkoro ciekawych, aczkolwiek marginalnych kandydatów osiągnęło poparcie na poziomie kilku procent.
Wygrał on nawet w kilku regionach, które w ostatnich wyborach wybierały demokratów np. w Pensylwanii i Wisconsin.
Zgodnie z proporcjonalnym systemem wyborów zdobył on większość głosów w kolegium elektorskim. Tym samym, w południe 20 stycznia 2017 roku złoży on przysięgę prezydencką na Biblię przed Prezesem Sądu Najwyższego i wobec narodu, którym będzie rządził.


Tego samego dnia, co wybory prezydencie odbyły się też wybory do Kongresu-Senatu oraz Izby Reprezentantów, wygrała je partia Donalda Trumpa.
Prezydent-elekt będzie miał więc praktycznie pełną kontrolę nad państwem.
Dano mu duży kredyt zaufania. Ale czy nowy prezydent spełni oczekiwania wyborców?
Tego nie wiem, ale sądzę, że część jego postulatów jest koniecznych dla naprawy Ameryki. Trump widzi patologię systemu politycznego i stara się z nim walczyć.
Co do Polski i polityki międzynarodowej, to można mu jako plus policzyć wystąpienie dla Polonii w USA podczas kampanii wyborczej oraz wypowiedź o konieczności przeznaczania przynajmniej 2% budżetu na zbrojenie wśród krajów NATO, obecnie Polska jest jednym z nielicznych członków tego paktu, który to praktykuje.

Podsumowując, nie znamy jeszcze zbyt jasno przyszłości USA i świata na następne cztery lata, ale moim zdaniem warto dać szansę Donaldowi Trumpowi, miejmy nadzieję, że będzie on dobrym prezydentem pierwszego światowego imperium.  

J.G

Komentarze