Przejdź do głównej zawartości

Znieśmy przymus szkolny! | Młodzi w Polityce

Każdy z nas chodził do szkoły. Ciężko nam sobie wyobrazić kogoś, kto nie uczyłby się w ten sposób. Publiczna oświata jest rzeczą tak powszechną, że zdążyliśmy już do niej przywyknąć.

Uwłaszczenie

Jednak nie zawsze tak było. Pomysł na uczynienie niegdyś prywatnego sektora edukacji, państwowym i przymusowym pojawił się stosunkowo niedawno, jeżeli weźmiemy pod uwagę całą historię ludzkości. Pierwsze tego typu pomysły pojawiły się w osiemnastowiecznych Prusach. Narodził się wtedy system, który obecnie objął niemalże wszystkie państwa świata. Wcześniej rodzice mieli pełną dowolność w decydowaniu o swoim dziecku i o tym, czego będzie się uczyło. Jest to przecież ich podstawowe prawo, by wychować je w zgodzie z własnym sumieniem. Teraz taką możliwość mają bardzo ograniczoną. Istnieje wprawdzie edukacja domowa. Jest to rozwiązanie bardzo korzystne dla coraz większej liczby rodzin (sam uczę się w ten sposób). Jednak w większości krajów nawet ona podlega kontroli państwa. Wciąż muszę być zapisany do szkoły i co roku zdawać egzaminy z każdego przedmiotu. W dalszym ciągu godzi to w autonomię rodziny. Dzieci są w pewien sposób własnością państwa. Należy je ukształtować w zgodzie z określonymi normami, bywa, że sprzecznymi z interesem rodziców. We wszystkich szkołach funkcjonuje bowiem ten sam program nauczania. Sprawia to, że szkoły mało czym się między sobą różnią, ponieważ są przystosowane dokładnie do tego samego rodzaju pracy. Owszem wszędzie są inni nauczyciele, inny budynek. To jednak pozorne różnice, a to co najważniejsze, czyli treść pozostaje taka sama.

Znalezione obrazy dla zapytania oswiata

Różnorodność

Ludzie są różni. Wychowali się w innym środowisku, mają inne wrodzone predyspozycje, marzenia i plany. Tyczy się to także rynku pracy i zawodowych aspiracji. Każdy absolwent będzie pracował zupełnie gdzie indziej, toteż będą mu potrzebne inne kompetencje. Kończąc edukację, mają bardzo zbliżony poziom wiedzy. Nie jest to w żaden sposób uzasadnione. By lepiej to zobrazować, wyobraźmy sobie hipotetyczną klasę. Większość uczniów nie radzi sobie z matematyką. Z różnych względów — jedni z powodu złego sposobu prowadzenia lekcji, innych interesują przedmioty humanistyczne, którym chcieliby poświęcić czas. Znajdują się tutaj również dwie osoby, które z matematyką radzą sobie bardzo dobrze. Lubią obliczać skomplikowane równania i chciałyby poszerzać swoją wiedzę o kolejne, bardziej zaawansowane tematy. Jednak nie mają takiej możliwości w publicznej placówce. Muszą to robić w swoim zakresie, gdyż nie pozwalają na to możliwości przeciętnych uczniów. Dodatkowo marnują swój czas na lekcjach matematyki, wciąż powtarzając te same zagadnienia. Czy jest sens uczyć na siłę większość, hamując tym samym zapał dwóch bardziej zdolnych jednostek? Przykładów można by było znaleźć znacznie więcej. Każdy jest inny i nie ma powodu na to się oburzać. Trzeba jedynie stworzyć każdemu godną możliwość rozwijania swoich mocnych stron. 

Podobny obraz

Propaganda

Nikogo chyba nie trzeba przekonywać, że rządowa edukacja może być idealnym narzędziem do wtłaczania odpowiednich, propagandowych treści. Przykładów nie trzeba nawet szukać w państwach totalitarnych, a znacznie bliżej nas, za nasza zachodnią granicą. W części niemieckich landów funkcjonuje obowiązkowa edukacja seksualna, promująca marksistowską wizję rzeczywistości. Budzi to w pełni uzasadniony sprzeciw rodziców o konserwatywnej wrażliwości. Nie mogą oni jednak zdecydować czy chcą, by ich pociecha na te lekcje uczęszczała, gdyż zajęcia są obligatoryjne. Ponad to uczenie dzieci w domu jest niemalże zakazane. Tym, którzy się nie dostosują grozi nawet kara więzienia. Wszystko w świetle niemieckiego prawa. Oczywiście, w zależności od poglądów, niedogodności związane z narzuconym materiałem mogą być zupełnie inne.



Uwolnienie


By oddać edukację z powrotem w ręce opiekunów należy przede wszystkim znieść narzucone programy nauczania. Bez tego ogromnego elementu opresji nie możemy mówić o całkowitej wolności w sferze prywatnej obywateli. Drugą kwestią, którą w pełni popieram jest całkowite zniesienie przymusu szkolnego. To rodzice powinni decydować o tym, czy chcą zapisać dziecko do szkoły. Nikt nie powinien ich do tego zmuszać, a tym bardziej używać wobec nich przemocy w postaci kar przewidzianych w ustawie (grzywien oraz w ostateczności pozbawienia praw rodzicielskich). Są w Polsce osoby, które z chęcią wypisałyby swoje dziecko z sytemu, gdyby tylko mogły (tak zwany ruch “unschoolingu”, czyli “odszkalniania”). Nie ma powodu, dla którego mielibyśmy im tego zabraniać. Nie jest kompetencją państw, które pierwotnie powstawały po to, by zapewnić bezpieczeństwo swoim mieszkańcom, wywierać na nich tak duży wpływ. Ktoś zaraz może powiedzieć, że gdyby nie obowiązek szkolny, to spotkałaby nas potężna plaga analfabetyzmu. Otóż nie jest to wcale takie oczywiste, gdyż rodzicom zależy na tym, by ich dziecko umiało czytać. Bez tej umiejętności nie poradziłoby sobie w życiu, a nikt nie chce wychować niesamodzielnego dziecka. To prawda, że istnieją patologiczne rodziny, które nie są odpowiednim środowiskiem do rozwoju młodego człowieka. Jednak nie jest to rezultatem nierealizowania obowiązku kształcenia. Nie rozwiązuje to żadnych problemów, które pozostają w domu. Margines społeczny wciąż istnieje, mimo powszechności oświaty. 

Podobny obraz

Pieniądze


Pozostała jeszcze kwestia finansowania szkół. Osobiście na ten temat nie mam wyrobionej wyraźnej opinii. Waham się pomiędzy dwoma poglądami. Jeden z nich to bon oświatowy, rozpropagowany przez laureata Nagrody Nobla z ekonomi, Miltona Friedmana. W skrócie polega on na przydzieleniu rodzicom dokumentu o określonym nominale, za który ci będą mogli opłacić edukację swojego dziecka w wybranej przez siebie szkole prywatnej lub państwowej (o ile te się utrzymają). Jest to rozwiązanie na tyle ciekawe, gdyż pomimo odgórnego finansowania edukacji umożliwia powstawanie konkurencji. Lepsze szkoły maja więcej szans na sukces. Równocześnie słabe szkoły będą miały motywację do tego, by poprawić swój poziom, gdyż w innym przypadku mogą zbankrutować. Innym rozwiązaniem proponowanym tym razem przez teoretyka libertarianizmu — Murraya Rothbarda jest całkowite oddzielenie sytemu szkolnego od wpływów państwa. Co ciekawe w swojej książce “Edukacja wolna i przymusowa” (którą swoją drogą serdecznie polecam) krytykuje ideę bonu pod względem finansowania go z podatków, co uważa za niemoralne. W tej kwestii jestem otwarty na różnego typu argumenty. 

Podobny obraz

Zachęta


Wszystko to, co napisałem jest owocem moich rozważań i brania pod uwagę różnych, często niepopularnych punktów widzenia. Wyciągałem wnioski i zastanawiałem się, czy muszę godzić się na coś, co większość uważa za słuszne. Chciałbym, by ten tekst był zachętą do głębszego zastanowienia się nad monopolem państwa na edukację. Temat ten praktycznie nie istnieje w szerokiej debacie publicznej; nie jest traktowany poważnie, mimo ogromnego wpływu na nasze życie. Mam nadzieję, że wkrótce się to zmieni i jako społeczeństwo skupimy się na ty, co naprawdę ważne. Pora powrócić do normalności.

Dawid Małecki

Komentarze

  1. Podoba mi sie bon szkolny. ... tez jestem zdania, ze rodzice maja prawo wyboru dla swojego dziecka szkoly i konkurencja miedzy szkolami dobrze by im zrobila. Zalozenie, ze rodzice sami moga decydowac , odbiera dzieciom prawo do ich decyzji w przyszlosci. Przyjecie zalozenia, ze kazdy czlowiek powinien posiadac okreslony zsob wiedzy, zeby czuc sie dobrze we wspolczesnym swiecie, ze przed wieloma ludzmi otwiera to perspektywy dalszego rozwoju nie wydaje sie bledem. W tym celu potrzebne sa pewne podstawowe programy i egzaminy kwalifikujace do kolejnych etapow nauczania. Dajac calkowita wolnosc rodzicom moglibysmy calkiem zaprzepascic szanse na rozwoj, szczescie dzieci, ktorych rodzice uwazaliby, ze szkola nie jest potrzebna. Natomiast czym innym jest sposob nauczania, ktory nie zmienil sie w szkolach od dziesiatek lat i jest zupelnie nieprzystosowany do XXI wieku, wieku informatyzacji. Szkola przede wszystkim, poza pewnym podstawowym zakresem wiedzy powinna uczyc rozwiazywac problemy, budzic ciekawosc swiata i uczyc selekcjonowania i porzadkowania informacji, ktore nas teraz tak dalece zalewaja. Rzozmowy ze swiatlymi rodzicami w domu powinny sluzyc korygowaniu rowniez informacji przyniesionych ze szkoly o wartosci duchowe i rlligijne obowiazujace w danej rodzinie. Mlodemu czloowiekowi w konserwatywnej rodzinie, nie zaszkodzi dowidziec sie, ze wczesna inicjacja noe jest dobra z biologicznego i psychologicznego punktu widzenia, ale gdyby do niej doszlo warto nauczyc sie uzywac prezerwatywy. W rodzinie konserwatywnej przekaz ten zostanie wzmocniony przez wartosci rodzinne. Poznawanie swiata to rowniez piznawanie innych pogladow.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. "Dajac calkowita wolnosc rodzicom moglibysmy calkiem zaprzepascic szanse na rozwoj, szczescie dzieci, ktorych rodzice uwazaliby, ze szkola nie jest potrzebna." Istnieje wielu rodziców, którzy tak sądzą i to z troski dla dziecka. Można wspomnieć chociażby o edukacji domowej, czy ruch unschoolingu. Nie mamy moralnego prawa im tego zabraniać. Wiadomo, że istnieją patologię. W naszym interesie jako każdej poszczególnej jednostki leży troska o takie osoby. Nie chciałbym jednak, by zajmowały się tym organy państwowe poprzez przymus szkolny, który i tak niczego nie rozwiązuje. "Poznawanie swiata to rowniez piznawanie innych pogladow." - owszem, jednak dziecko i tak poznaje inne poglądy, normalnie funkcjonując w społeczeństwie. Spotyka się z innymi ludźmi, słucha ich, rozmawia. Co innego jednak poznawanie, a narzucanie pewnych wzorców na lekcjach edukacji seksualnej, gdzie dzieci już od przedszkola są zachęcane do masturbacji. Oczywiście to tylko przykład, niedogodności mogą być inne, w zależności od poglądów.

      Usuń
  2. M. Kiepuszewski10 sierpnia 2017 12:37

    jak czytałem o wtlaczanym na siłę światopoglądzie, to następne zdanie o edukacji seksualnej za zachodnią granicą bardzo mnie zaskoczyło. Polskim dzieciom brakuje elementarnej wiedzy o seksualności, to fakt. Podobnie jak faktem jest, że zmierzamy w stronę analfabetyzmu matematycznego. Dlaczego autor czyni założenie, że rodzice nauczą dzieci czytać, ale liczyć to już może umieć, kto chce? A religia dla wszystkich ma być obowiązkowa? Ja chodziłem na religię jeszcze na plebanie i wszystkim sie podobało. Podstawa programowa to zbiór tematów, których opanowanie powinno być ważne niezależnie od światopoglądu lub rodzaju wrażliwości. Dyskusja powinna dotyczyć tego, jak te dzieci jednak przekonać do matematyki, a nie jak je od niej uwolnić. Świat ich od matematyki nie uwolni. I w Niemczech opisana sytuacja na lekcji matematyki nie mogłaby mieć miejsca. Po prostu autor protestuje przeciwko pewnemu bardzo złemu systemowi edukacji, ale powinno się go naprawiać, nie likwidować

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Co to znaczy "elementarna wiedza o seksualności"? Uważam, że to rodzice powinni decydować o tym, jakiego zakresu i w jakiej formie będzie ona przedstawiona. Wynika to wprost z ich podstawowych praw, nie należy w nie ingerować. Obowiązkowe lekcje edukacji seksualnej traktuje więc jako wyjątkowo niemoralne. Druga kwestia. "Dlaczego autor czyni założenie, że rodzice nauczą dzieci czytać, ale liczyć to już może umieć, kto chce?" Faktycznie o tym zapomniałem, podstawowe liczenie również jest potrzebne w życiu. Jednak wszyscy dobrze wiemy, że w na lekcjach matematyki wykładane są bardziej skomplikowane zagadnienia, które nijak mają się do rzeczywistości większości ludzi. Może być to dla nich zbędny balast. "A religia dla wszystkich ma być obowiązkowa?" - Nie napisałem tego. Nie chcę narzucać swojej wiary przymusem, bo nie będzie ona żywa i może powodować niechęć do Kościoła. W kwestii religii również powinni decydować rodzice. Gdyby na rynku szkół była większa konkurencja, powstawałyby placówki, które miałyby religie jako obowiązkowy przedmiot, inne nie miałyby jej wcale. Co do podstawy programowej, to rodzice powinni mieć wybór, jaką dla swojego dziecka wybrać. Niektórzy na przykład mogliby zdecydować o tym, by na lekcjach biologii ich dziecko nie uczyło się o ewolucji. Może wydawać się to niezrozumiale, ale to oni decydują o dziecku, nie państwo. Przykładów w tej materii można by było wymieniać bardzo dużo. "Dyskusja powinna dotyczyć tego, jak te dzieci jednak przekonać do matematyki" - to już interes rodziców, nie MEN. Naprawdę uważa Pan, że do normalnego funkcjonowania w świecie są potrzebne funkcje trygonometryczne? Śmiem w to wątpić. Likwidacja naprawiłaby ten system. Zostałby on oddany w ręce rodziców, którzy mieliby możliwość w wybraniu tego, co uważają za najlepsze dla młodego człowieka. Pozdrawiam, Dawid Małecki

      Usuń

Prześlij komentarz