Przejdź do głównej zawartości

Armeńska wiosna | Młodzi w Polityce


Dwadzieścia dziewięć lat temu rozpoczęliśmy transformację ustrojową. Przeszło trzydzieści osiem lat temu rozpoczął się karnawał “Solidarności”. Pięćdziesiąt lat temu miała miejsce Praska Wiosna. Dzisiaj, wiosna zawitała do Ormian.

Imitacja najszczerszym pochlebstwem

Sytuacja Armenii do złudzenia przypominała inne kraje posowieckie – nieugruntowana demokracja, widmo autorytaryzmu ciążące nad krajem. Od dziesięciu lat krajem rządził prezydent Serż Sarkissian, który stopniowo centralizował władzę w państwie. Jak stwierdził w 2014 roku: “Żaden człowiek nie powinien aspirować do władzy nad krajem więcej niż dwukrotnie”. W kwietniu tego roku skończyła się jego druga kadencja, więc korzystając z putinowskiego wzorca został premierem.


Armenia boryka się z wieloma problemami. Szczególnie ze swoim położeniem geopolitycznym, na które nic nie może poradzić. Nie ma też wpływu na swoją historię, nie sposób nie wspomnieć o ludobójstwie Ormian, które znaczyło koniec I wojny światowej i po dziś dzień odbija się na relacjach pomiędzy Turcją a Armenią. Jednak to nie zamknięta granica armeńsko-turecka najbardziej odbija się na życiu mieszkańców tego kraju, a konflikt w Górnym Karabachu. Region ten, choć zamieszkały w większości przez Ormian, nie znajdował się w dobie sowieckiej w Armeńskiej Socjalistycznej Republice Rad. Mimo że władze Republiki Rad zwracały się wielokrotnie o przyłączenie Karabachu do Armenii, otrzymywały odpowiedź odmowną. Ostatecznie doprowadziło to do wybuchu gniewu, co przełożyło się na zamieszki w regionie, które doprowadziły do pogromów ludności ormiańskiej.

Rozruchy zbiegły się z najtragiczniejszym wydarzeniem w historii Armenii – trzęsieniem ziemi w 1988 roku. Zginęło wówczas dwadzieścia pięć tysięcy osób, a pół miliona pozostało bez dachu nad głową, to aż jeden szósta populacji całego kraju. Skutkowało to także deindustrializacją północy kraju, która była tym boleśniejsza, że zbiegła się z ogólnym kryzysem gospodarczym końca lat 80. w ZSRR. Tak śpiewał Jacek Kaczmarski o społeczeństwie ormiańskim w dobie odbudowy po trzęsieniu ziemi:

Czy ktoś, kto zamiast betlejemskiej gwiazdy
Widzi nad sobą tylko beton władczy,
Sławi za wyrok siłę, co go miażdży [...]

Mylił się bardzo, twierdząc, iż klęska żywiołowa doprowadziła Ormian do podporządkowania się władzy sowieckiej. Wręcz przeciwnie, trzęsienie ziemi skruszyło "beton władczy" w Armenii – Związek Radziecki po raz pierwszy w historii był zmuszony zwrócić się do państw zachodnich o pomoc w związku z kryzysem humanitarnym. Ostatecznie, w 1991 roku, w wyniku rozpadu ZSRR Armenia została niepodległym państwem.

Nieustająca wojna

W styczniu 1992 roku azerski parlament odebrał Górnemu Karabachowi status regionu autonomicznego. Mieszkańcy regionu nie zaakceptowali takiego statusu quo, zadecydowali o utworzeniu niepodległego państwa leżącego pomiędzy Armenią a Azerbejdżanem. Bojówki ormiańskie uformowane z mieszkańców Górnego Karabachu cieszyły się pełnym poparciem armeńskiego rządu. Wsparcie to oraz niekompetencja władz azerskich przełożyły się na sukcesy militarne. Konflikt natomiast przekształcił się w regularną wojnę armeńsko-azerską, w wyniku której Armenii udało się zająć zdecydowaną większość objętego wojną obszaru.


Należy jednak zauważyć, że Armenia nie kontroluje de facto całego regionu, a robi to zależny od Ormian, choć nieuznawany kraj, Górny Karabach. Ma on wszystkie cechy, by być w myśl prawa międzynarodowego uznany za państwo. Demokratycznie wybrany rząd, gospodarkę wolnorynkową, armię i walutę. Jednak przez żaden kraj na świecie i żadną międzynarodową organizację uznawany nie jest. Pojawia się pytanie: "Dlaczego?".

Federacja Rosyjska rozgrywa na Kaukazie specyficzną partię szachów – porusza zarówno białymi, jak i czarnymi pionkami. Z jednej strony Armenia, w której Rosja ma bazy wojskowe. To także jej sojusznik. Z drugiej zaś Azerbejdżan, któremu sprzedawana jest masowo rosyjska broń. Czy to paradoks? Skądże, jedynie makiawelistyczna i jakże skuteczna polityka kaukaska Rosji.

W 2015 roku Armenia miała podpisać umowę o stowarzyszeniu z Unią Europejską, jednak Rosja zagroziła zmianą z nią relacji. Tym samym, zamiast zintegrować się z UE, dołączyła do Euroazjatyckiej Unii Gospodarczej. Wojna i zamknięte granice z Azerbejdżanem oraz Turcją, która otwarcie wspiera Azerów, powodują, że armeńska gospodarka jest w stagnacji. To wszystko zbiegło się z niezadowoleniem ludności i arogancją rządzących krajem, co oznaczało jedno – rewolucję.

Wolność przychodzi wiosną

Nikol Paszinian był czterdziestodwuletnim ormiańskim dziennikarzem i posłem opozycyjnej partii Jelk. Jeszcze przed zmianą konstytucji przez prezydenta Sarkissiana nawoływał do protestów przeciw władzy, w wypadku niewypełnienia obietnicy odejścia z polityki przez prezydenta. Ostatecznie Sarkissian obietnicy nie wypełnił i został premierem, w jego ręce, na mocy znowelizowanej konstytucji, została przekazana większość władzy wykonawczej.


Nie trzeba było długo czekać na Pasziniana, który wyprowadził ludzi na ulice Erywania (stolicy Armenii). Po kilku dniach protesty urosły do ogromnych, jak na armeńską skalę, rozmiarów. W demonstracjach na placu Republiki wzięło udział jednocześnie ponad sto pięćdziesiąt tysięcy osób. Paszinian zgodził się na spotkanie z prezydentem Sarkissianem, a w jego trakcie zażądał dymisji prezydenta. W konsekwencji został aresztowany i osadzony w areszcie.

Można byłoby się spodziewać, że ruch wygaśnie, a protesty zmniejszą się. Z drugiej jednak strony, równie prawdopodobna była eskalacja, zamieszki oraz zbrojne starcie z władzą. Rzeczywiście. Aresztowanie Pasziniana stało się sygnałem dla wielu do dołączenia do protestów. Wkrótce na plac Republiki przybyło kilkuset żołnierzy. Sytuacja zmierzała do przekształcenia się w regularną wojnę domową. A jednak! Paszinian został uwolniony z aresztu przez wiernych mu żołnierzy, a prezydent Serż Sarkissian podał się do dymisji.

Na rozstaju dróg

Mało brakowało, a Nikol Paszinian zostałby premierem bez jakiegokolwiek sprzeciwu w parlamencie. Aby uniknąć takiego stanu rzeczy, Partia Republikańska, choć faktycznie popierająca kandydaturę, zagłosowała przeciwko niej, aby zachować pozorny pluralizm polityczny w kraju, jak tłumaczyli posłowie.

Mając większość władzy w kraju w ramach systemu kanclerskiego, opcje Pasziniana są jednak ograniczone, zwłaszcza biorąc pod uwagę obecność rosyjskich wojsk w kraju i toczony z Azerbejdżanem konflikt. Rozpoczęcie procesu pokojowego, choć jest możliwe, to mało prawdopodobne. Armenia nie chce rezygnować ze zdobytych przez nią terytoriów, Azerbejdżan zaś usankcjonować prawnie okupacji. Będąc w tym położeniu geopolitycznym, w sytuacji, wydawałoby się bez wyjścia, swoje rządy rozpoczyna liberał-rewolucjonista. Czy mu się powiedzie? Czas pokaże.


Zastanawiać może jedynie brak interwencji Kremla w sprawy Armenii. Zazwyczaj reaguje on na tak gwałtowne zmiany władzy, szczególnie zaś te wymierzone w pewnym stopniu w hegemonię Rosji w regionie. Jednak armeńska wiosna nie ma i nie może mieć takich ambicji, bo dla Ormian, Rosja, choć sojusznik z konieczności, to mimo wszystko sojusznik.

Przykład Armenii pokazuje, że wola ludu, mimo przeciwności losu oraz, przede wszystkim, geopolityki, jest główną siłą polityczną w jakimkolwiek kraju. Pokazaliśmy to w Polsce, podczas karnawału “Solidarności” i miejmy nadzieję, że Armenia nie zakończy długiej listy krajów, gdzie walka o wolność i demokrację odniosła sukces.

Michał Wyrębkowski

Komentarze