Przejdź do głównej zawartości

Praworządność albo dyktatura — innej opcji nie ma. | Młodzi w Polityce

Konsekwencje poparcia ustaw upolityczniających wymiar sprawiedliwości i oddających go pod „opiekę” polityków jedynie słusznej partii mogą być na tyle poważne, że w przypadku nieoczekiwanego nawet konfliktu z władzą można będzie obawiać się o swoją wolność.

Znalezione obrazy dla zapytania protest pod sądem najwyższym

Wymiar sprawiedliwości jest nieodzownym elementem systemów państwowych, a jego niezależność stanowi jeden z fundamentów demokratycznego państwa prawa. Zasada ta – oprócz konstytucyjnego umocowania, a także zdecydowanego potwierdzenia w doktrynie prawa i orzecznictwie Trybunału Konstytucyjnego – ma również długą i bogatą historię. Już w 1433 r. król Władysław Jagiełło wydał przywilej Neminem captivabimus uniezależniający powoływanie sędziów od króla oraz pozostałych dostojników państwowych. Również Konstytucja 3 maja w rozdziale VIII ukształtowała sądownictwo jako samodzielne w stosunku do pozostałych władz. To tylko pokazuje, jak istotna w ujęciu historycznym była odrębność sądów od legislatywy i egzekutywy.

Zdaję sobie jednocześnie sprawę, że dla przeciętnego obywatela równie ważne, a być może nawet niestety ważniejsze niż niezależność sądownictwa, jest tempo rozpatrywania jego indywidualnych spraw. W tym kontekście polski wymiar sprawiedliwości należy ocenić co najwyżej przeciętnie i właśnie w tym kontekście rozpatrywać trzeba wyniki badań CBOS, z których wynika, że 81% Polaków jest za przeprowadzeniem reformy sądów. Mnie osobiście także należy zaliczyć do tej grupy, niemniej jednak – tak jak wielu spośród tych 81% – w żadnym stopniu nie jestem w stanie poprzeć zmian forsowanych przez Prawo i Sprawiedliwość. Wręcz przeciwnie – sam wielokrotnie brałem udział w obywatelskich manifestacjach przeciwko upolitycznianiu wymiaru sprawiedliwości, zarówno w tym, jak i ubiegłym roku. Warto tu także podkreślić, że nie jestem żadnym „resortowym dzieckiem”, synem przedstawicieli „nadzwyczajnej kasty” lub esbeków i nie mam nawet najmniejszego interesu osobistego w – jak mawiają politycy PiS – „utrwalaniu patologii postkomunistycznego systemu”. Wręcz przeciwnie – chciałbym, żeby sytuacja w sądownictwie się zmieniła. Sęk w tym, że na lepsze, a nie jak proponuje PiS – na gorsze.


Uważam jednocześnie, że przytaczanie wspomnianych przeze mnie wcześniej danych CBOS w kontekście poparcia sztandarowych projektów obecnej ekipy rządzącej jest czystą manipulacją i – co muszę z przykrością stwierdzić – stosowaną nader często przez przedstawicieli mediów przychylnych PiS, z TVP(is) na czele. Ma ona jeden zasadniczy cel – przekazać podprogowo wszystkim średnio zorientowanym w sytuacji, że skoro tak zdecydowany odsetek społeczeństwa popiera „reformy” Ziobry i spółki (co nie jest jednak do końca prawdą), to oni także powinni je poprzeć, chociażby żeby uniknąć alienacji lub wykluczenia.

Poparcie projektu Zjednoczonej Prawicy byłoby jednak błędem, błędem nawet karygodnym. I mimo że życie człowieka jest z natury przepełnione błędnymi decyzjami, tą należy, a nawet trzeba, zaliczyć do zupełnie innej kategorii występków. Konsekwencją tego wyboru nie będzie bowiem perspektywa zapłacenia kilkuset złotowego mandatu, tak jak w przypadku, gdy mając do wyboru zahamowanie przed sygnalizatorem lub przyspieszenie z nadzieją, że zdąży się przed zapaleniem światła czerwonego, co się niestety nie uda, a czego raczej jesteśmy świadomi, wybierzemy drugą opcję. Konsekwencje poparcia ustaw upolityczniających wymiar sprawiedliwości i oddających go pod „opiekę” polityków jedynie słusznej partii mogą być na tyle poważne, że w przypadku nieoczekiwanego nawet konfliktu z władzą można będzie obawiać się o swoją wolność. I choć brzmi to – przyznaję – na ten moment na tezę zbyt odważną, warto przyjrzeć się sytuacji Sebastiana K, w której mógłby znaleźć się każdy z nas:

Był mroźny wieczór, luty 2017 roku. Sebastian K. wracał do domu, być może z randki z dziewczyną, być może ze spotkania z kumplami albo po prostu z pracy. Skręcał w boczną uliczkę i nagle usłyszał wielki huk. Okazało się, że Sebastian zderzył się właśnie z trzema nieuprzywilejowanymi samochodami BOR-u z ówczesną premier Beatą Szydło na pokładzie. Do winy się nie poczuwał, to jego bowiem wyprzedzały na podwójnej ciągłej rządowe pojazdy rządowe. Ze względu jednak na częste w tamtym czasie kraksy limuzyn BOR sprawę trzeba było rozwiązać z wykorzystaniem (tylko jeszcze!) niecodziennych instrumentów. Trzeba było zacząć od zmówienia opinii publicznej, że Sebastian przyznał się do winy i przyjął wysoki mandat. Kto miałby się przejmować, że było to kłamstwo? A nawet jeśli by się wydało (co się stało) wystarczyło załatwić wyrok skazujący. Można było zacząć od propozycji odstąpienia od wymierzenia kary, jeżeli Sebastian przyznałby się do winy. Jeżeli nie skorzystałby on z niej jednak (co również się stało) wystarczyło wnieść sprawę do sądu, a sędziom zacząć grozić postępowaniami dyscyplinarnymi.


Sprawa jest jeszcze w toku, ale wygląda to – mówiąc szczerze – nieciekawie. Władza zawsze dąży do postawienia na swoim i jest bardzo pamiętliwa. Potrafi na przykład ścigać po ładnych kilku latach lekarza, któremu mimo najszczerszych chęci i wielu profesjonalnie wykonanych czynności nie udało się uratować ojca jednego z ministrów. 

Czy tego chcemy? Czy na pewno chcemy takiego losu dla siebie, swojej sympatii, dzieci, znajomych? Potencjalnie każdy ma szansę stać się drugim Sebastianem K. lub drugim lekarzem ojca potężnego wszechwładcy ministra sprawiedliwości. Tak dzieje się tylko w systemach, które z demokracją wspólnego nic nie mają. Mogą mieć co najwyżej pozory demokracji – konstytucję, nader często łamaną lub zmienianą, parlament wybierany w „wolnych” wyborach i rząd z demokratyczną legitymacją. Konstytucję, parlament i rząd mieliśmy przecież i za komuny, a dziś nikt nie ma wątpliwości, że system ten jest już słusznie miniony.

I właśnie z tego powodu uważam, że PiS, tak jak każdą partię niszczącą niezależność sądownictwa, należy zdelegalizować.

Maciej Zygmunt

Komentarze