Przejdź do głównej zawartości

(Nie)handlowe niedziele | Młodzi w Polityce

Jak już pewnie większość z nas zauważyła, skończyła się samowola sklepikarzy, którzy są otwarci w każdą niedzielę. Cieszy to głównie pracowników, ponieważ zyskują co najmniej dwie, a niedługo już trzy wolne niedziele w miesiącu. Kto na tym może zyskać, a kto straci? Na to pytanie postaram się odpowiedzieć w tym artykule.


Głównym celem "wolnych niedziel" było zapewnienie pracownikom komfortu w postaci wolnego dnia, docelowo wszystkich niedziel w miesiącu. Przez to mają oni czas na inne formy spędzania wolnego czasu z rodziną. To było założenie projektu, ale jak jest jednak naprawdę? Otwarte mogą być między innymi sklepy na dworcach, placówki pocztowe, piekarnie. Niektóre sieci wykorzystały ten fakt i jako "placówka pocztowa" prowadzą sprzedaż. Z jednej strony to lekkie omijanie prawa, jednak zgodne z nim. Jest to jakaś nadzieja dla tych, co przyjeżdżają i nie są w stanie zrobić zakupów w inne dni z tego powodu, że dopiero w ten dzień przybywają do miasta. 

Innym nieco tematem jest "zakaz pracy" w handlu w niektóre niedziele dla osób, które chcą sobie dorobić. Są to głównie ludzie młodzi; studenci, uczniowie, którzy nie mają czasu w tygodniu na podjęcie pracy, a jedyną szansą na zarobek są weekendy. Dlaczego odbiera się im możliwość zarabiania i nakazuje "siedzieć w domu"? Czy nie można by ich jedynka dopuścić do sprzedaży w sklepie? 


Duże hipermarkety są przepełnione w sobotę nie tylko przed niedzielami niehandlowym. Ludzie często nie patrzą, czy dana niedziela jest handlowa, czy nie, wolą mieć pewność zrobienia zakupów w sobotę. Doprowadza to niejako do zwiększenia ilości osób w sklepach, gdyż spotykają się zarówno osoby robiące zakupy w sobotę, przed wprowadzeniem zakazu handlu w niedzielę, jak i część osób "niedzielnych". 

Warto także wspomnieć, że nie jest całkiem tak, jak mówi partia rządząca. Nie wszyscy Polacy chodzili na zakupy, zamiast do kościoła. Wręcz przeciwnie. Po mszy ludzie wybierali się na zakupy, w celu uzupełnienia zapasów na początek kolejnego tygodnia. Teraz do tego trzeba dodać jeden dzień (niedzielę niehandlową), a przecież nie każdy będzie jadł "wczorajszy chleb". Wiadomo, że piekarnie są otwarte, jednak niektórzy nie mają jej pod domem. 


Jeszcze jedna sprawa, która nie daje spokoju. Większość sklepów wielkopowierzchniowych jest w rękach kapitału obcego. Być może rząd chce niejako nacjonalizować rynek, poprzez możliwość sprzedaży na stacjach benzynowych (Orlen, Lotos), a zakazywać w hipermarketach. Czy jest to próba przyciągnięcia klienta (i jego pieniędzy) do kapitału narodowego? 

Poruszę jeszcze temat Węgier. Może nie wszystkim wiadomo, ale w tym państwie także obowiązywał podobny zakaz jak u nas. Otwarte były m.in. małe sklepiki osiedlowe w niedzielę. Jednak po 397 dniach rząd Orbana zniósł zakaz. Czyżby wyciągnęli wnioski i stwierdzili, że to nie ma sensu? Może u nas też będzie podobnie? Zobaczymy prawdopodobnie za kilka miesięcy.

Patryk Gajewski





Komentarze

  1. mam pytanie do autora, proszę o kontakt annamariazaczkiewicz@gmail.com ;)

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz