Przejdź do głównej zawartości

,,Tropikalny Trump" — Jair Bolsonaro | Młodzi w Polityce

W każdym demokratycznym kraju, gdzie istnieje instytucja urzędu prezydenta, obywatele dokonują wyboru, oddają swój głos na jednego z kandydatów. Ten, który uzbiera tych głosów najwięcej, wygra wybory. W Brazylii zawrzało. Pierwszy raz w historii III Republiki na urząd prezydenta został wybrany polityk prawicowy. Człowiek, który nie waha się powiedzieć co myśli — Jair Bolsonaro.

(fot. Janine Moraes, Wikimedia)

Jair urodził się 21 marca 1955 roku w Glicério. W roku 1977 ukończył kurs wojskowy. W 1988 wybrano go na radnego Rio de Janeiro z ramienia Partii demokratyczno-chrześcijańskiej. Od 1990 roku nieprzerwanie deputowany do kongresu, aż do wyboru na urząd prezydenta. W 1993 roku brał udział w zakładaniu Partii progresywno-reformatorskiej.

Nazywany w wielu mediach jako „tropikalny Trump” ze względu na radykalne, prawicowe zarówno gospodarcze, jak i światopoglądowe racje polityczne. Wielu obywateli Brazylii obawia się o demokratyczną strukturę państwa, ze względu na totalitarne postulaty kandydata, który wychwalał reżim wojskowy, rządzący państwem w latach 1964-1985. Na alarm biją też ekolodzy, ponieważ chce zaorać Puszczę Amazońską, zwaną potocznie „płucami” Ziemii, ale sprawuje ona też funkcję utrzymywania niskiej temperatury. W kampanii wyborczej zaskarbił sobie serca ludzi wypowiedziami o podłożu antygejowskim, antykomunistycznym i szowinistycznym, a także zapowiedział łatwiejszy dostęp do broni dla obywateli, chcąc w ten sposób zwalczać przestępczość w kraju. W ramach polityki wewnętrznej postuluje podatek liniowy i reformę systemu emerytalnego ze względu na deficyt budżetowy w państwie. Stanowczo przeciwstawia się korupcji, która to pogrążyła poprzednich rządzących. W jego planach jest zacieśnienie współpracy ze Stanami Zjednoczonymi, bardzo źle odnosi się w kontekście Chin. Planuje przenieść ambasadę w Izraelu z Tel-Awiwu do stolicy państwa, czyli Jerozolimy.

(fot. Fábio Rodrigues Pozzebom, Wikimedia)

W kontekście jego osoby z niepokojem mówi się o tym, że jego poglądy nie są niestety populizmem, tylko czymś, co w niedługim czasie stanie się rzeczywistością. Radykalny wolny rynek, dyktatura i dyskryminacja na tle rasowym, politycznym i seksualnym urealnią się w przeciągu kilku chwil. Premier Węgier Viktor Orban, politycy niemieckiej Alternatywy dla Niemiec i członkowie ONR będą kłaniać się w pas przyszłemu, bo jeszcze niezaprzysiężonemu prezydentowi Brazylii. Jego postulaty idealnie wpisują się w ogólnoświatowy trend skrajnej polityki prawicowej. Czas w Brazylii cofnie się o 30 lat, jednak nie jest to zasługa Bolsonaro, tylko niedołężności partii lewicowych, które wplątały się w skandale korupcyjne i straciły poparcie wyborców. Podobnie jak w Polsce w 2015 roku, ludzie zażenowani obecną polityką, sięgają po coś kompletnie innego, populistycznego, sądząc, że zmiana o sto osiemdziesiąt stopni przyniesie upragnioną poprawę warunków życia, oddłuży państwo i skończy z przestępczością. Zanosi się jednak na pogłębienie tej czarnej dziury rozpaczy, którą z każdą chwilą będzie coraz trudniej załatać.

(fot. Marcon Oliviera, Wikimedia)

Wynik 55,2% jest manifestem przeciwko wszystkim plugawcom świata i urealnieniem słów Karla Marxa: „Populiści wszystkich krajów świata, łączcie się!”. Mieli oni do wyboru tylko mniejsze i większe zło, a trudno w skali 207 milionów mieszkańców zamanifestować swoje niezadowolenie, nie oddając głosu. Historia lubi się powtarzać, trzeba przeżyć coś kilka razy, żeby zrozumieć zagrożenie, jakie płynie od każdej maści polityków, czy to Hitler, Musollini, Stalin, czy też taki Bolsonaro, Trump albo Putin. Po prostu trzeba odpowiedzialnie dysponować władzą, przekazywać ją w odpowiednie ręce, ręce odpowiedzialne, działające dla dobra ludzi, a nie swojego. Wybory wygrał człowiek, który odpowiednio pokierował kampanią wyborczą i być może każdy się myli w jego ocenie dzisiaj, obiektywnej ocenie będzie podlegał za kilkadziesiąt lat. Póty co, można życzyć udanej prezydentury, dla samego Jaira Bolsonaro, jak i dla wszystkich Brazylijczyków.

Łukasz Piłat

Komentarze